Kapliczka zmartwień

Kapliczka. Stoi tu od zawsze. Na wylocie z Barda w kierunku Ząbkowic Śląskich. Na szczycie przewyższenia drogi. Tak, że wyjeżdżając z Barda mijasz cmentarz i nie widzisz przed sobą drogi, która znika w dole za górką. A na górce stoi kapliczka. Mijasz ją. Droga opada w dół i jesteś już w innym świecie.

Wtopiła się w krajobraz tak, że jest już praktycznie niezauważalna. Wręcz niewidoczna. Przeźroczysta. Ludzie tylko pędzą obok niej samochodami zajęci swoimi codziennymi sprawami. Materializuje się dopiero wtedy, gdy kogoś o nią spytasz. Kapliczka? No tak. Jest taka. Stoi. Kamienna taka chyba.

Niemcy nazywali ją kapliczką na Steinbergu. Kamiennej górze. Bo za jej plecami zionie skaliste urwisko.

Ale najpierw stała tutaj karawaka. Drewniany krzyż morowy z dwoma poprzeczkami. Miał chronić miasto przed zarazami. Ale też i innymi nieszczęściami. A miejsce trzeba przyznać nie było szczęśliwe. Szczególnie opadający stąd stromo w dół odcinek drogi w kierunku Przyłęku. W porze deszczowej był nie lada wyzwaniem dla woźniców i kupców. To dlatego w Przyłęku, przy głównym trakcie, znajdował się zajazd w którym można było wynająć do zaprzęgu dodatkową parę koni. Bo nie jeden kupiec z czystego sknerstwa utknął tutaj ze swoim obładowanym wozem nie mogąc podjechać pod to wzniesienie. Byle do karawaki – myśleli – potem będzie już z górki.

Potem przyszła wojna. 8 lutego 1807 r. karawakę zmiotła podobno – jak mawiali – eksplozja pruskiego pocisku. Tego dnia Bardo stało się polem bitwy pomiędzy broniącymi go pruskimi i nacierającymi francuskimi oddziałami. Pod karawaką zaległa przez chwilę przygwożdżona ogniem pruskich haubic bawarska piechota. Ale na dowodzącym nią Seckendorfie nie zrobiło to wrażenia. Bo wszyscy mieli przed oczami wizję czekających na nich w Bardzie skarbów.

Potem stanął tu krzyż. Na pamiątkę. Aby już nigdy Barda nie dotknęły żadne wojenne działania. Władze Barda ślubowały wtedy zamawiać corocznie uroczystą mszę świętą połączoną z litanią. Ta msza była zawsze celebrowana w trzeci dzień Świąt Wielkanocnych. Niemcy mówili na nią „msza bawarska” – ze względu na bawarczyków, którzy brali udział w walkach na Steinbergu i tu polegli.

Wielu przejeżdżało obok tego krzyża. 3 sierpnia 1826 roku przejeżdżał tędy w drodze do Dusznik Fryderyk Chopin. Siedząc w kabinie pocztylionu słyszał trzaski strzelającego bata i krzyki poganiających konie woźniców. Bo stromo było. Pod górkę.

Pewnie gdy krzyż zmurszał i się rozpadł ktoś wpadł na pomysł, że może by tak kapliczkę postawić. A obok niej posadzić lipy. By wśród szelestu wiatru w ich gałęziach, odurzającego zapachu w porze kwitnienia, pomruku tysięcy pszczół uwijających się wśród kwiatów oraz chłodu cienia w upalne dni oddać się modlitwie i zadumie. Chociażby nad tymi nieszczęsnymi bawarczykami.

Bo przecież drzewa i kapliczki od zawsze stanowiły jedność. Chrześcijańskie sacrum zawsze chroniło rosnące w pobliżu kapliczek i kościołów stare drzewa. Do nekropolii prowadziły aleje wysadzane drzewami mające wprowadzić odwiedzającego w nastrój skupienia i wyciszenia. Drzewa stróżowały przy bramach do kościołów. Wszystkie rośliny miały swoją symbolikę.

A rosnące obok kapliczki lipy? Były symbolem płodności, życia, witalności ale także śmierci i upływającego czasu. Przypisywano im związek z Matką Boską. To dlatego liczne figury Matki Boskiej zrobione są z lipowego drzewa. Podobnie jak nasza Matka Boża Bardzka.

A potem przyszła nowoczesność. Wbrew pozorom nie oznaczająca światłości i wiedzy. Wręcz przeciwnie. Ciemność.

W XXI wieku władze Barda rozmiłowały się w perwersyjnej kompulsji. I obsesji też. Połączyły w sobie umiłowanie porządku oraz przymusowe powtarzanie czynności mających ów porządek podtrzymać. Drzewa w mieście zaczęły być barbarzyńsko ogławiane i wycinane.

Sacrum kapliczki zostało złamane. Przestało chronić rosnące w jej otoczeniu lipy, które zostały wycięte, a korzenie wyrugowane. Ich miejsce zastąpił kamienny grys. Nic nie ma prawa tutaj wyrosnąć.

Ogarnęło nas duchowe skarlenie. Drzewa stały się symbolem materiału na opał i czyhających na człowieka niebezpiecznych tworów.

Dlatego obserwując to co się dzieje wokół nas zawsze w swojej mikroskali starałem się i staram edukować, uświadamiać i tłumaczyć. Mimo, że wiem, że sam nie mam szans na systemową zmianę. Czasami wydaje mi się to wszystko jakąś donkiszoterią.

Dlatego też popieram Moratorium DLA DRZEW. I Was też namawiam.

Tak, wiem. Nie takiego zakończenia tej opowieści się spodziewaliście. Ale drzewa znikają z naszego polskiego krajobrazu w zatrważającym tempie i trzeba coś z tym w końcu zrobić zanim będzie za późno. A przynajmniej spróbować…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.