Wielka Sobota

Tak, wiem, spóźniłem się. Mieliśmy spotkać się już w Wielki Czwartek i przejść przez te święta dzień po dniu. Ja Cię Dietrich naprawdę przepraszam ale brakuje mi ostatnio na wszystko czasu.

Dziś Wielka Sobota więc zaczniemy od niej. Dobrze? Wyciągnę tylko swój notatnik i możemy zaczynać. Aha. Jeszcze jedno. Nie będziesz miał nic przeciwko jak będę mówił do Ciebie Teodoryku? Moi Czytelnicy łatwiej to przełkną.

No dobrze Teodoryku. Urodziłeś się i całe życie spędziłeś w Riegersdorfie czyli Potworowie. To tuż obok Barda. Wystarczy przejść na drugą stronę Wzgórza Różańcowego i jesteśmy. Spacerem to ile? Pół godziny tylko? To szybko. Cofamy się w czasie do lat Twojego dzieciństwa. Które to były? Lata 20-ste XX w. Ok. Zaczynajmy.

Czyli Wielka Sobota była kolejnym ciekawym dniem na wiosce. Każdy chłopak we wsi musiał wcześniej przygotować odpowiedni kawałek drewna przeznaczony na uroczyste poświęcenie ognia. Musiał to być bardzo ładny, porządnie rozłupany kawałek. Bez żadnych bocznych odgałęzień. I właśnie dziś w sobotę wcześnie rano, tuż przed wschodem słońca, musieliście z tym kawałkiem iść do kościoła w Brzeźnicy. Tam, obok kościoła, kościelny układał wszystkie przyniesione kawałki w duży stos pod którym podkładał wysuszone wióry. Żeby się lepiej paliło. Te kawałki musiały być jak najwyżej? Aha. Rozumiem. Rywalizowaliście kto umieści swój kawałek jak najwyżej tego stosu bo dzięki temu lepiej się zwęglał.

Kościelny krzesał ogień? Kawałkiem żelaza i kamienia? Serio? To musiało trochę potrwać. Mówisz, że wszyscy wypluwali płuca żeby się lepiej rozpaliło? Fest. Co było dalej? Jak już ogień się rozpalił na dobre?

Czyli jak już się rozpaliło to przychodził ksiądz, wygłaszał modlitwę i święcił ogień. Krople wody święconej z sykiem wpadały w ognisko. Teraz ten nowy, święty ogień używany był do zapalania świec, które ksiądz i wierni wnosili do kościoła, gdzie odbywało się poranne nabożeństwo, a płomień ogniska w tym czasie powoli dogasał.

No dobrze. Ale wiem, że te zwęglone kawałki zabieraliście po nabożeństwie ze sobą. Jak rozpoznawaliście, który kawałek jest czyj? Aha. Czyli przywiązywaliście do nich łańcuch albo długi drut i można było swój zwęglony kawałek drewna wyciągnąć od razu ze spalonego stosu. Sprytnie.

Teraz te zwęglone kawałki zabieraliście ze sobą do domu. Tam odłupywaliście zwęglone fragmenty tak, że zostawało to co się nie spaliło. Teraz przepiłowywaliście to albo w przypadku większych kawałków rąbaliście je ostrożnie na wąskie szczapy grubości palca, a nawet cieńsze. I co dalej? Na jednym końcu takiej szczapy robiliście szczelinę do której w poprzek wpychaliście cienkie patyczki. Tak powstawały gotowe krzyże, które wkładaliście do koszyków. To było bardzo ważne. Od tego zależało wszystko, prawda?

Po południu było kolejne nabożeństwo? Aha. Czyli to były uroczystości odrodzenia na których byli wszyscy. Cały Potworów pustoszał i gromadził się w kościele w Brzeźnicy. Po uroczystościach wszyscy spokojnie wracali do swoich domów już w rozpoczynającym się świątecznym nastroju.

A wy mieliście specjalne zadanie. Koszyk pełen zrobionych przez Was małych krzyży stał gotowy w izbie. Trzeba było się położyć wcześniej spać po tej robocie. Ale o tym opowiemy moim Czytelnikom jutro, prawda? Niech się spalają z ciekawości do czego były wam te krzyże potrzebne.

I jeszcze jedno. Chyba najciekawsze. Dobrze, że sobie to przypomniałeś. Chociaż muszę powiedzieć, że to był już bardzo rzadko spotykany zwyczaj w tych stronach.

Czyli w Wielką Sobotę po południowym nabożeństwie Twój ojciec szedł na sadu na tyłach gospodarstwa i ściągał z drzew owocowych wieńce słomy, którymi opatulał drzewa w okresie Bożego Narodzenia. Co robił po tym? Łapał za pień drzewa i mocno nim potrząsał aby obudziło się z zimowego snu i rodziło piękne owoce.

Piękny zwyczaj. Ale opowiedz mi o waszych sąsiadach. Bo oni przyjechali tu z jakiejś innej części Śląska. Prawda? I to u nich trochę inaczej wyglądało.

Czyli jak twój ojciec potrząsał swoimi drzewami to do sadu obok wbiegał sąsiad z siekierą głośno krzycząc na te drzewa, które w ubiegłym roku dały mało owoców. A co do nich krzyczał? Aha czyli, że jak nie dadzą dużo owoców to je zetnie. A za sąsiadem wybiegała sąsiadka i błagała głośno, tak żeby drzewa słyszały, żeby ich nie ścinał, że drzewa na pewno się poprawią i dadzą dużo smacznych owoców. I mówisz, że wtedy sąsiad, dzięki wstawiennictwu dobrej gospodyni, zawsze odkładał siekierę?

Powiem ci, że w naszych czasach jak to ludzie przeczytają to pomyślą: ale cyrk.

Dobrze Teodoryku. Ja już uciekam bo czas mnie goni. Czy spotkamy się jutro? No tak, mamy opowiedzieć ludziom o tej historii z tym koszykiem pełnym krzyży ze spalonego drewna. Zobaczymy.

Ja ci powiem Teodoryku, że nie wiem czy oni tą historię przełkną. Bo wiesz, dziś ludzie wierzą w zupełnie inne rzeczy. Generalnie w mało co już wierzą. A w drzewa to już w ogóle. Ja nie wiem czy im się ta historia spodoba. Ale zobaczymy. Na pewno coś napiszą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.